• Wpisów:32
  • Średnio co: 82 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 10:08
  • Licznik odwiedzin:2 363 / 2707 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Coraz ciężej robi mi się na sercu i w żaden sposób nie potrafię zmieść tego ogromnego kamienia z bijącego narządu. Płaczę, krzyczę, rzucam i nic. Nic zupełnie, jak gdyby na nic te wszystkie moje starania, walkę ze sobą i myślami. Coraz częściej chciałabym uciec, uwolnić się spod tej szarej płachty, która przysłania mi świat. Wiesz, przyjacielu, mi deszcz pada na nos każdego dnia, a parasol wydaję się zbyt lichy, by pomieścić cały ten wodospad, który na mnie spływa. Wiesz ile sił mi potrzeba, ile wiary i nadziei, aby zostać tutaj przy tym wszystkim, co mnie otacza? Jak wiele muszę z siebie dać a jak wiele oddać bezpowrotnie, by chociaż jedną cegłę w całość poskładać?
Wiecznie problemy i wiecznie psuję się coś z konstrukcji, a ja latam z kaskiem na głowie i maluteńkim młotkiem, by naprawić to wszystko. Tak dawno nie pisałam metafor, tak bardzo oddaliłam się od prawdziwej ja. I jak wrócić, gdzie skręcić by znów było dobrze. Przez mgłę, lasy i kamienie pamiętam to, co było kiedyś. Kim byłam, kim się stałam i gdzie jestem? Pytam i nikt nie odpowiada, a najgorsze w tym wszystkim, że sama nie potrafię sobie odpowiedzieć. Chciałabym się uśmiechać, ale co dnia sprawia coś, że moje skrzydła leżą na chodniku i nie potrafię ich podnieść. Chryste, którędy powiedz proszę, którędy iść...
 

 
Czuję że żyję, przyjacielu, wiesz to piękne uczucie. Kwitnę wraz z zielonymi liśćmi na gałęzi, cała kolorowa się staję, zdolna do życia. Jestem - mówię sobie przed lustrem co dnia. Jestem piękna - dodaję. Łapmy wiatr we dłonie, mimo, że wszystko jest tak ulotne - zostaje.
 

 
Boję się przyszłości Twojej i swojej bez serc naszych przy sobie i boję się nieba a na nim gwiazd zbyt pięknych by odchodzić... Przywyknąć trzeba tak, jak drzewa przywykają do upadających liści, jak kwiat róży do oschłych płatków, jak deszcz do Słońca i przywykną mi trzeba do śmierci, do życia mojego które niczym piorun wystrzela w górę by zagrzmieć a potem... ucichnąć.
 

 
Mam ochotę na nowości. Nowego kwiata, biurko w innym miejscu, czy pościel o innym kolorze. Mam ochotę na wiosenne zmiany.
 

 
Otaczam się zapachem przeróżnych zapachów męskich. Przechodzę przez ostre i psikam delikatnie w nadgarstek, a zapach mnie odpycha. Dotykam następny flakonik, pachnie przyjemnie, ale zbyt drapie, więc odkładam znużona na regał. Spoglądam na ukochanego, stoi przy jednym zapachu już od dziesięciu minut i w skupieniu się nad nim zastanawia. Podchodzę zaintrygowana i proszę o zakrętkę. Wącham, zaciągam się wręcz zapachem tej wody toaletowej, którą wyszperał Pan R i nogi stają się niczym z waty. To ten, myślę, a w tym samym momencie ukochany spogląda na mnie z uśmieszkiem: podoba Ci się?
Szczerzę się do niego jak dziecko z pluszakiem i kroczymy wspólnie do kasy.

Uwielbiam męskie zapachy, kocham.
 

 
Kocham jak jego ręka jedzie po moim udzie delikatnym, wolnym, ruchem. Moje serce bije mocniej, słyszę każde jego uderzenie. Mogłabym się w tej chwili rozpłynąć jak czekolada na jego języku, który aktualnie muska moje suche usta i w bieg wprawia wszystkie żołądkowe motyle. Jestem dla niego - myślę i odlatuję w chmury, w przestworza aż po same gwiazdy i nie ma mnie już tutaj, sprowadził mnie w inny, przyjemniejszy świat i zupełnie mi to nie przeszkadza.
 

 
Nie idę na zajęcia, więc wyjątkowo ten poniedziałek jest piękny. Dzień cały spędzę z Panem R., co naprawdę bardzo mnie cieszy, tym bardziej że w czwartek rano wyjeżdżam i wracam dopiero na drugi dzień - baardzo się stęsknię. Nie wiem skąd we mnie tyle przywiązania, miłości, tęsknoty i czułości? Kocham tego faceta tak mocno, jak nigdy żadnego. Zaskakujące, przynajmniej w moim wykonaniu. Pan R. obiecał mi góry w maju, będziemy spać w leśnym domku i myć się źródlaną wodą, wszystko na dziko. Kocham tak żyć, bo kocham żyć z nim. Nie mogę się doczekać, poważnie, na samą myśl w brzuszku dostaję przyjemnego skrętu.
Z Panią S. jest już troszkę lepiej, nie czepiamy się siebie o wszystko i da się jakoś żyć.

Zastanawiał się ktoś, czy w taką pogodę niebo może płakać?
 

 
ale ja się nie przejmuję.
Kubek herbaty truskawkowej z rabarbarem skutecznie rozwesela mi humor, przede mną jeszcze chwilka pocenia się jak świnka i przyjemny prysznic. Z Panem R. widzimy się troszkę przed/po szesnastej i idziemy na niedzielny obiad do jego domku.
Zastanawiam się jak sprawić, by założy newbalance i skłonić się do pobiegania? Ciągle mam jakieś wymówki; że pada, że za ciepło, że czasu brak, że ludzie mnie wyśmieją, że to nie na moje kości, że głupio tak...
Cóż czynić, Boże, jak żyć?
 

 
wracam z podwójną siłą! I nie waham się już tym razem silnych słów, lżejszych gestów i zgrabnych rzęs. Moje życie jest oplecione w watę cukrową w kolorze jaskrawych kolorów tęczy, a wianki robię z włosów mojego przyszłego męża i sama sobie pąkiem róży jestem. Zakochuję się na nowo, wciąż i jeszcze, dalej i mocniej w moim świecie który dopiero zaczynam tworzyć. "Jesteś piękna i bogata, bo mamy siebie" w uszach słyszę co dnia, Panie R. zaczynam samorealizację!
 

 
Upadam, Chryste
sprzeciwiłam się twojej woli,
jak Lucyfer odstąpiłam od wiary
i spadłam na samo dno
niżej niż Giudecca
zdrajcą jestem.

I znów konam,
wręcz zdycham
jak pies
Skomlę, wyję,
tchawicą dziurawą
wydobywam brzęczący świst
prost z serca
do Ciebie.

Wskrześ mnie.


Człowiek musi opierać na czymś swoją wiarę, bo gdy leży bezpańsko - zatraca się i ginie. Wraz z człowiekiem.
 

 
I deszcz pada, słońce za chmurami się schowało. Nareszcie troszkę chłodniej, nareszcie da się oddychać.
 

 
Po raz pierwszy czuję, że mogę przetrwać całe to piekło, by później już stale móc zasypiać w Twoich ramionach.
 

 
Jestem zbyt mała Rafale, by tak wielką pustkę w sobie nosić. Ona rozsadza moje ciało, gniecie i uwiera. Zbyt mali jesteśmy, za dużo nas tutaj. Rafale, wsadzili mnie do próżni i każą oddychać...
 

 
Przepraszam, byłam zbyt słaba.
 

 
Obiecaj, że któregoś dnia, któregokolwiek zadbasz, bym już na zawsze zapamiętała, że mnie kochasz.
 

 
Leżeliśmy w kocach otuleni większości sobą i czekaliśmy aż zacznie robić się widno. Tak go kocham, czasem się zastanawiam czy kochałam kiedykolwiek bardziej. Miłości nie można porównywać, ale ta zdecydowanie jest jedną z tych, o których pisze się książki.
 

 
I znowu stała się duszą towarzystwa, gdy alkohol popłynął wraz z krwią. Śmiała się z piwem w prawej i kieliszkiem wódki w lewej dłoni, a potem opowiadała o błahych sprawach, które nigdy nikomu się nie przydadzą.


A żaglowanie nocą i pchanie omegi w wodzie bo nie ma wiatru, to całkiem w porządku sprawa.
 

 
Młodzi gniewni, cholera. Obrzezać z uczuć, wydrapywać serce, umysł rozczłonkowywać na ćwiartki i kawałki. Co możesz wiedzieć o utraconych marzeniach? Ty miałeś i patrzysz jak odchodzą w dal, biegną przed siebie, w górę, w dół - do piekła. Co wiesz o umieraniu, kiedy Twoją jedyną śmiercią jest sen, ja odradzam się na nowo każdego dnia, moje serce staje już siedemnaście lat by wraz z dniem bić ponownie. Bić, rozumiesz, mimo wszystko mimo nic, dla siebie dla świata dla księżyca i gwiazd, oddychać z żarem w ustach, który pali Twój przełyk i leci wraz ze śliną do szpiku kości by spalić Twoje ciało, a potem w duszy wzniecić ogień, spalić ją doszczętnie, w popiół aż po dym.
Może wtedy dowiesz się czegoś o umieraniu, zdychaniu, cholera, jak pies.
 

 

Ona

Podreptała rześko do łazienki, gorący strumień wody z góry oblewał jej rudawe włosy, krople spływały po chudych obojczykach. Jesteś piękna, szeptał. Jesteś p i ę k n a - upewniał.
 

 
A dzisiaj trzeźwy będzie mózg, nogi staną się watą.
 

 
Kolejny miesiąc, już ósmy tego roku a ja wciąż czuję, że żyję na pełnych obrotach. I co więcej - podoba mi się to. Wcześniejszy rok był przesiąknięty smutkiem, gorycz i złość wylewała się ze mnie każdego dnia. Tak słaba byłam, że nawet uśmiech w lustrze był nieosiągalny. Dzisiaj jest inaczej o sto osiemdziesiąt stopni. Ludzi już nie traktuję jak konkurencję, albo istoty które chcą mi zabrać każdą najmniejszą cząstkę szczęścia. Dzisiaj szeroko się do nich uśmiecham życząc miłego dnia. Miłość już nie jest utrapieniem, żalem splecionym z nienawiścią, zazdrością i jedną wielką obawą. Oj, już nie.
 

 
Jak polubić siebie, jak pokochać znienawidzone. JAK DO DIABŁA SIĘ PRZEŁAMAĆ.

Eh.
 

 
Układa się. Wszystko. Cegła po cegle, fundamenty stawiamy, dach już ma konstrukcje.

Och życie! Kocham cię nad życie.
 

 
Moje życie porównywalne jest do jeziora. Myśli moje, to rzeka. Jeśli zanieczyszczę rzekę pesymistycznymi myślami, napłyną one wraz z prądem do mojego życia (jeziora). W ten sposób nigdy nie uda mi się mieć wystarczająco czystego i poukładanego życia.
Muszę nauczyć się myśleć pozytywnie.
 

 

"Moja miłość równie jest głęboka jak morze, równie jak ono bez końca. Im więcej Ci jej udzielam, tym więcej czuję jej w sercu."
- William Shakespeare.
 

 
Dziś już lepiej, już krzyk nie rośnie w uszach, już serce z żalu nie staje. Słońce, uśmiech, lato - już tylko nicość.
 

 
Nazywa mnie egoistką, bo nie jestem super-dzieckiem i nie spełniam marzeń rodziców. Według niej jestem leniwa i nie zasługuję zupełnie na nic, nawet porządny worek na własne truchło jest mi zbędny. Nie wystarczająca, okropna, obłudna, sztuczna, nieposłuszna, leniwa, huba drzewna, kobieta bez przyszłości, gówniarz, zbyt mało rozważna, pusta, głupia, gruba, zbyt ruda. Taką mnie widzi i nie zauważa, że patrzy na mnie przez odbicie samej siebie.
Zabija ją myśl, że tę okropną dziewuchę jak ja może ktoś szczerze kochać. To ją boli, na Boga, to rozrywa jej ciało i serce na ćwiartki:

że MNIE ktoś może kochać prawdziwie, a JEJ nigdy nikt nie pokochał...
 

 
pod jakąś ciężką maską, coby nie spadła zbyt wcześnie.
Maska jest niczym makijaż, który starannie nałożony zakrywa niedoskonałości. Ukrywa tę niewiarę, nienawiść, złość, lęki i fobie. Chciałabym ją móc ściągnąć, bo uwiera, gniecie, jest zbyt ciężka i tylko dodaje dodatkowych kilogramów na moje barki zawalone pretensjami i cały ból promieniuje aż do tyłka, w który życie i tak kopie wystarczająco mocno.

Jak od tego uciec Rafale, jak?
Co zrobić, jak odkleić, gdzie zacząć odrywać? Czy warto, powiedz, jak bardzo ucierpię? A inni? Jak zniosą mnie, tę prawdziwą ze smutną - jak drzewa zimą - twarzą?

 

 
Wydaję mi się, że nie mam już do czego lub kogo wracać. Ludzie przychodzą, odchodzą i rzadziej zostają na dłużej. Najlepsi przyjaciele okazują się obłudni i zawodni, a jedyna droga która widnieje na horyzoncie to liczenie tylko i wyłącznie na siebie. Oddać siebie w całości podając na tacy całą szkatułkę własnej duszy to wręcz samobójstwo.

A więc jestem samobójczynią, Rafale.
Lecz Ty nie sprowadzisz mnie jak barykady Polaków na manowce.
 

 
"Kiedy byłam małą dziewczynką, nikt nigdy nie mówił mi, że jestem ładna. Wszystkie małe dziewczynki powinny słyszeć, że są ładne - nawet jeśli nie są."
- Marilyn Monroe

Wróciłam tutaj, minął rok od mojego ostatniego wpisu. Na dziś dzień mam innego pingera i inne życie tam, ale lubię powroty. Nick Yexx był trafem w dziesiątkę, zwiastował powodzenie, pozwolił mi wygrać. To tutaj stoczyłam największą walkę ze sobą i ją wygrałam. A potem? Potem stąd odeszłam i zatraciłam się w sobie przegrywając wszystko. Więc dzisiaj, raz jeszcze, staję na starcie i bieg zaczynam dniem jutrzejszym. Pokonać siebie, wygrać ze sobą, a potem zawrzeć sojusz i pokochać.

Zacznę liczyć dni, wyliczać kalorię zjedzone i te spalone. O zgrozo, nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego zapisywałam, naprawdę wracam i mam nadzieję, że się uda jak rok temu. Zmienię się i schudnę, choćbym miała głodować dni trzysta i biegać codziennie po dwie godziny. Schudnę i udowodnię sobie, że można być w tym zapyziałym świecie poukładanym.